Nasze polskie strachy…

0
13

Nie tylko o naszych polskich strachach, opowiadają projektant Krzysztof, niedoceniony rzeźbiarz, czarownica Marica, drugi pisarz i gawędziarz Stanisław.

– Jacyś tam bardzo wielcy ludzie, to to nie są… Ale znany z telewizyjnego serialu aktor,  co bardzo ze zwierzętami się brata… Końmi i psami zwłaszcza. Niedoceniony – rzeźbiarz i architekt, wrócił do naszego powiatu. No i ten dziwoląg, co bez gumofilców ziemię zaczął uprawiać, gdzieś w okolicach Chlewisk i… strachy polityczne wystawił przeciw dzikom, żeby mu oziminy te sierściuchy nie ryły – wylicza gminy regionalista Stanisław, którego nieżyczliwi seksualnym gawędziarzem nazywają (bo niby bez sensu pier..li)

Obserwator wiejskich osobliwości w szydłowieckim powiecie, zapalając kolejnego papierosa, i zaginając kolejne palce, wraca do swej wyliczanki:

– Jest też feministka, pisarka – ale tylko internetowa, bo pieniędzy na wydanie jej książek – o wielkiej miłości i małych babskich problemach kobiet – intelektualistek, które tylko filozofują, a normalnych pierogów z mięsem i kapustą ulepić nie potrafią … , nikt wdać nie chce.

– Jest też drugi podobno pisarz – podśmiewa się Stach regionalista – , ale ten to taki bardziej stąd, nasz miejscowy, co mu się nic w naszym Szydłowcu i okolicy – nie podoba. Napisał coś tam o naszych Żydach i jakiś ponoć kryminał  z drugiej wojny światowej, ale kupców na te opowiastki – nie było. To teraz, na razie nic nie pisze i wódkę pije…

Krzysztof i polityczne dziki

– Banalne, to stwierdzenie ale wielce prawdziwe. Na wsi, te strachy są zupełnie inne, niż w dużym mieście… Ale czy faktycznie większe są niż w Warszawie, czy w innej Łodzi lub Krakowie? To wielce, dyskusyjne… – twierdzi Krzysztof.

Prze blisko 30 lat był budowlanym projektantem, i to wcale nie anonimowym w projektowym biurze, w dużym mieście. – Byłem znany, dobrze opłacany ale wciąż „wewnętrznie” –  nie zrealizowany… Dlatego z Warszawy wreszcie uciekłem.  Uciekłem, i wreszcie odetchnąłem – w przenośni, ale także dosłownie. Kupiłem na wsi ziemię i chałupę, wyremontowałem ją i – „czasowo” zamieszkałem. Ale szybko okazało się, że już chyba na zawsze –  mówi jakby z cienieniem żalu, czy jakiejś inteligenckiej nostalgii.

I szybko zapewnia. – Nie, nie… Oczywiście, że niczego nie żałuję. Przeprowadzka na moją wieś, to dobra decyzja. Choć jak się okazało, trochę dla mnie ryzykowna… Bo dla miejscowych, jestem – raczej dziwakiem. A właściwie, nie raczej – ale na pewno. Nie chodzę do kościoła, za mało piję…, na głowie kapelusz, no to już jestem… podejrzany…  Taki – malowany ptak, z gniazda Warszawa.

– Pyta pan o tak zwaną integrację z miejscowymi. Ależ oczywiści próbowałem… i to aż dwa razy (…). I na trzeźwo i po pijaku. I więcej raczej już nie spróbuję… Do emerytury jeszcze daleko, według prezesa – ponad dziewięć lat. A jeśli lemingi jakimś cudem wrócą do władzy, to jeszcze więcej.

Na długie lata „wsiąkłem” w jakieś duże biuro projektowe. Teraz z konieczności (ze względu na odległość), „własna działalność gospodarcza” jakieś tam zlecenia… (sam zapłać ZUS, to niewiele zostaje (…). Z uprawy ziemi, wielkich pieniędzy się nie spodziewam. A te trochę niekonwencjonalne strachy, to na dziki. I jak na razie działają, może dlatego, że podobnie jak miejscowi, te dzikie zwierzęta wolą unikać, takich jak ja dziwolągów…

Czarownica Marica pisze

– Imię moje?… – Powiedzmy – Marica. Czego ja się boję najbardziej?… Wstrętnej, ohydnej starości… Mam ju 32 lata. Po marketingu i zarządzaniu jestem, w Radomiu  i tam w takiej prestiżowej agencji pracowałam. Powołaniem moim jest pisanie i właśnie piszę. Wróciłam na wieś, bo tam czasu na pisanie nie miałam… Teraz mam i piszę. To są powieści głębokie i bardzo romantyczne, dużo w nich przemyśleń moich…

– A ci tu, na tej denerwująco spokojnej wsi pod Jastrzębiem, gdzie tylko same staruszki  tylko jeszcze zostały, bo staruszkowie jakby szybciej umierają, a młodzi w ostateczności wyjeżdżają do wielkiego Radomia, bo na razie muszą zarobić, aby wyjechać gdzieś dalej – do Warszawy, Łodzi czy zagranicę – czego oni się boją?…

– Mnie najbardziej, bo uważają mnie za czarownicę i boją się, że na miotle przelecę nad ich kurnikiem… i kury jajek nieść przestaną. Boją się moich bardzo kolorowych strojów, moich fioletowych paznokci i włosów… Zapachu moich perfum się boją, bo ja widzę jak się z niby dyskretnym wstrętem, daleko ode mnie w wiejskim sklepiku odsuwają. Za bardzo jam inna, i tego najbardziej się boją…

Architekt się przechadza…

-Wszystko to, ćwoki są. Nie znają się na polityce, ani na rządzeniu… A ja architektem jestem i rzeźbiarzem, i to umiem. A oni się na tym nie znają… I moich dzieł w godnych ich wartości miejscach postawić na cokołach, nie chcą. Bo to, choć niektórzy z miasta, to zwyczajne wiejskie ćwoki są, proszę pana i mojej artystycznej wielkości – się boją… – wysoki, niemłody już mężczyzna, wyrzuca z siebie rzeźbiarskie pretensje i patrzy gdzieś daleko, przed siebie.  I uśmiecha się do swoich kolejnych, nowych rzeźb, które ustawi w swoim zaludnionym wyrzeźbionymi przez siebie postaciami, które każdego dnia z zastygłym podziwem patrzeć będą, na przechadzającego się wśród nich – ich stwórcę.

Drugi pisarz straszy

– Wszystko tutaj, jest mocno pokręcone… Udają, że Żydów u nas – jakby nie było. Lokalna polityka, jakby taka jakaś malutka. I pomysły mizerne, rachityczne, czasami księżycowe. Bywa, że objawia się to jakimiś ciasteczkowymi czy indiańskimi fanaberiami. Czasem ociera się to o „Latający cyrk Monty Pythona”, ale tylko ociera, do oryginału tym ekstrawagancjom, bardzo bardzo daleko – uważa Roman, literat.

– Tu boją się wielkości i wielkich pomysłów. Unikają wielkich wyzwań, przerażeni są ich skalą, a ja boję się tej ich miłości, do gnuśnej stagnacji. Dlatego piszę, i będę im ten gminny strach, wciąż wytykał – odgraża się nieznany wielki pisarz, spod małego Szydłowca.

Marek Barański

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.