Reklama

Ogień w szydłowieckich lasach. Opowieść o bitwie, która uratowała honor i wolność

Wyobraź sobie ciepły, duszny poranek 27 sierpnia 1944 roku. Lasy w trójkącie wokół wsi Ciechostowice, Budki i Hucisko na co dzień tętniły jedynie śpiewem ptaków i szumem starych drzew. Tamtego dnia jednak pod leśnym poszyciem skrywało się coś jeszcze – kilkuset młodych, zdeterminowanych chłopaków z biało-czerwonymi opaskami na rękawach.

Byli żołnierzami I batalionu 72. Pułku Piechoty Armii Krajowej. Większość z nich miała zaledwie po dwadzieścia lat – dokładnie tyle, ile dziś mają studenci czy starsi uczniowie szkół średnich. W sercach nosili jedno potężne pragnienie: wolną Polskę. Właśnie przygotowywali się do wielkiego, niebezpiecznego marszu na pomoc krwawiącej w Powstaniu Warszawie. Niestety, wróg dowiedział się o ich planach.

Dlaczego akurat tam? Wielki plan Akcji "Burza"

Pod koniec lata 1944 roku cała okupowana Polska płonęła. Trwała Akcja "Burza" – wielkie powstanie zbrojne AK przeciwko cofającym się przed frontem wschodnim Niemcom. Wojska hitlerowskie były wściekłe i bezwzględne. Musiały za wszelką cenę zabezpieczyć swoje tyły.

Reklama

Dla Niemców polskie zgrupowanie partyzanckie pod dowództwem majora Józefa Pawlaka (znanego pod pseudonimem "Bartosz" lub "Brzoza") stanowiło śmiertelne zagrożenie. Polacy kontrolowali leśne szlaki, niszczyli transporty wroga i wiązali walką tysiące niemieckich żołnierzy, którzy zamiast pędzić do Warszawy, by tłumić powstanie, musieli użerać się z "leśnymi" w okolicach Szydłowca.

Niemcy postanowili uderzyć pierwsi. Zorganizowali gigantyczną obławę.

Całodzienne piekło w zielonym gąszczu

Rankiem 27 sierpnia stalowy pierścień zacisnął się wokół polskich pozycji. Od strony Szydłowca ruszyły regularne, świetnie uzbrojone oddziały Wehrmachtu. Co najgorsze, wspierali ich tak zwani "własowcy" – bezwzględne formacje kolaborantów złożone z żołnierzy rosyjskich na służbie Hitlera.

Reklama

Główne uderzenie spadło na dwie polskie kompanie:

Kompanię "Marii" pod wodzą ppor. Ignacego Pisarskiego,

Kompanię "Huragana" dowodzoną przez por. Kazimierza Aleksandrowicza.

Strzelanina, która rozpoczęła się o świcie, szybko zmieniła się w regularne, całodzienne piekło. Niemcy mieli przewagę liczebną, ciężkie karabiny maszynowe i moździerze. Polacy mieli za to coś, czego wróg nie mógł kupić ani wyprodukować: genialną znajomość terenu, spryt i odwagę ludzi, którzy bronią własnego domu.

Walka toczyła się o każdy metr lasu, od drzewa do drzewa. Sytuacja momentami była dramatyczna – tabor i radiostacja zostały odcięte, a niektóre patrole pogubiły się w gęstwinie dymu i eksplozji. Major Pawlak podjął jedyną słuszną decyzję: musimy rozbić pierścień i przebić się na zachód, w głębsze partie lasu.

Reklama

Dzięki brawurowym kontratakom, polscy partyzanci znaleźli lukę w niemieckim kordonie. Przebili się, ratując trzon batalionu przed całkowitą zagładą.

Twarde liczby i prawda historyczna

 

Wokół bitew partyzanckich narosło wiele mitów, dlatego spójrzmy na rzetelne i zweryfikowane przez historyków fakty: 

Po stronie polskiej, pod dowództwem majora Józefa Pawlaka oraz dowódców kompanii, podporucznika "Marii" i porucznika "Huragana", żołnierze Armii Krajowej zdołali przebić się z okrążenia i zachować zdolność bojową, tracąc 7 poległych, 8 rannych oraz około 20 zaginionych.

Reklama

Strona przeciwna, składająca się z niemieckiego Wehrmachtu oraz kolaborantów, poniosła porażkę taktyczną, nie likwidując polskiego zgrupowania i tracąc od kilkunastu do kilkudziesięciu zabitych i rannych.

Siedmiu wspaniałych chłopaków oddało tamtego dnia życie na polu chwały. Zostali pochowani przez lokalną ludność, która ryzykując własnym życiem, opiekowała się także rannymi pozostawionymi w leśnych gajówkach.

Feniks z popiołów, czyli radosna pamięć wolnej Polski

Dlaczego ta historia, choć momentami smutna, powinna nas dzisiaj cieszyć? Ponieważ pokazuje, że dobro i pamięć zawsze wygrywają z zapomnieniem.

Reklama

Przez dekady komunizmu o bohaterach z Armii Krajowej często nie wolno było mówić głośno. Mimo to mieszkańcy Budek, Ciechostowic i Szydłowca nigdy o nich nie zapomnieli. Po wojnie w sercu lasu stanął skromny pomnik upamiętniający tamto starcie. Co ciekawe, losy tego miejsca były niemal symboliczne - jak wspominała Zofia Pawlak ze Światowego Związku Żołnierzy AK, okoliczny las aż czterokrotnie trawiły potężne pożary, ale pamięć i etos tych ludzi przetrwały każdą iskrę.

Dziś, gdy odwiedzisz te rejony pod koniec sierpnia, nie zobaczysz tam smutku. Zobaczysz wolną, dumną Polskę.

Reklama

Co roku Urząd Miejski w Szydłowcu wraz z kombatantami organizuje wspaniałe, patriotyczne uroczystości.

Wygląda to niesamowicie: pod kościołem pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego w Budkach gromadzą się dziesiątki pocztów sztandarowych. Przyjeżdżają harcerze, strzelcy, ryczą silniki motocyklistów z patriotycznych rajdów, a dzieci ze szkół składają kwiaty. To nie jest sztywna akademia ku czci - to prawdziwe, żywe święto wolności.

Ci młodzi chłopcy z 1944 roku nie ginęli po to, abyśmy dziś płakali nad ich grobami. Ginęli z nadzieją, że ich młodsze rodzeństwo i przyszłe pokolenia będą mogły żyć, uczyć się, podróżować i śmiać w wolnym kraju. I to się udało! Każdy uśmiech młodego człowieka w dzisiejszych Budkach czy Ciechostowicach to najpiękniejszy pomnik, jaki mogliśmy im wystawić.

Reklama


Józef Pawlak, ps. "Bartosz", "Brzoza", "Jan"

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo Szydlowiecki.eu




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości